Dla Was,
bo wytrwaliście ze mną
do samego końca.
Objął mnie
pewnie w talii – doskonale wiedział, jak szybko stracę przez to resztkę
rozsądku.
– Ufasz mi? –
spytał gardłowym głosem.
Z wahaniem,
którego chyba nie zauważył, kiwnęłam głową.
– Więc zgódź
się. Tylko ciebie potrzebuję. Zawsze… Boże… zawsze potrzebowałem tylko ciebie.
A tutaj już nic mnie nie trzyma, Granger. Nic.
– Ale mnie
trzyma, Teodorze.
***
Popełniłam w
życiu zbyt dużo wiele błędów. Jednym z nich było pozwolenie sercu zabić
mocniej właśnie dla niego. Kolejnym
pójście na Wieżę Zegarową i gotowość wykonania tego ostatniego kroku. Aż
wreszcie omal nie zrobiłam tego najgorszego – omal mu nie uległam.
Opuszczenie z
nim Anglii byłoby kolejnym niedopuszczalnym błędem. Oznaczałoby to zostawienie
za sobą poprzedniego życia, ja zaś wcale nie chciałam tego zrobić. Wspomnienia
były częścią mnie, tak samo jak liczne blizny na ciele, których już więcej nie
starałam się ukrywać. Od wspomnień nie da się uciec, powiedziałam mu. Nie
posłuchał.
Gdy tamtego
ranka wyszedł z mojego domu, nie spodziewałam się, że widzę go po raz ostatni.
Kilkanaście minut później rzeczywiście zjawili się aurorzy, tak jak
podejrzewaliśmy. Pytali o niego, ale niczego nie mogłam im powiedzieć, bo po
prostu nic nie wiedziałam. Nie miałam pojęcia, co zamierzał zrobić, ani tym
bardziej dokąd się udał, kiedy zatrzasnęły się za nim drzwi. Wtedy miałam
nadzieję, że jeszcze wróci. Wtedy.
Pierwszą
wiadomość otrzymałam od Teodora dopiero w połowie października, już będąc w
Hogwarcie. List od niego czytałam setki, tysiące razy, aż w końcu znałam jego
treść na pamięć. Nie wymienił w nim miejsca swojego pobytu, nie zdradził, jak
sobie radzi, ani co planuje. Napisał natomiast, że myśli o mnie częściej niż
powinien, że jego tęsknota jest wręcz przerażająca i że kocha. Do szaleństwa,
na zawsze.
Ten list
podniósł mnie trochę na duchu, ale nadal niewystarczająco, bym przestała się
zadręczać. Obiecałam mu, że poczekam. On przysiągł, że wróci. Z nas dwojga
tylko ja dotrzymałam obietnicy.
Pisaliśmy do
siebie raz na tydzień – raz na tydzień znajoma sowa lądowała przede mną na
stole Gryffindoru i wieczorem tego samego dnia wylatywała z odpowiedzią. Ginny
wiedziała, z kim wymieniam korespondencję. Jej usta się cieszyły, ale oczy skuł
lód.
Czerwiec się
skończył, rozpoczęłam staż w Ministerstwie Magii. Zajęcia, praktyki, które
miały pomóc we wdrążeniu się w urzędniczą rzeczywistość. Harry i Ron już od
roku uczęszczali na kurs aurorski, także Złota Trójca znów była w komplecie.
Praca pochłonęła mnie prawie bez reszty, ale dzięki niej czułam się
usatysfakcjonowana, pełna, zupełnie jak kiedyś, odrabiając prace domowe z
transmutacji i ucząc się z zapałem do SUM-ów.
Do czasu.
Listy stawały
się coraz krótsze i rzadsze, nie tylko te od Teodora. Ja również nieczęsto
brałam pióro do ręki. Zniknęły wyznania płomiennej miłości, moje serce
zamilkło, a rana na nim się zabliźniła. W międzyczasie Draco Malfoy,
ułaskawiony przez Ministra Magii dzięki ujawnieniu nazwisk dużej grupy
śmierciożerców, aktywnie działał w Departamencie Przestrzegania Prawa. Po
siedmiu latach od swojej ucieczki, Teodor Nott został oczyszczony z zarzutów.
Po siedmiu latach zrozumiałam też, że on już nie wróci.
Nie chciał?
Nie mógł? Może i jedno, i drugie. Nie zamierzał w każdym razie zjawić się w
Anglii. Nie podał powodów, nawet nie wiedziałam, gdzie konkretnie się podziewa.
Ponoć ciągle podróżował, nigdzie nie zagrzał miejsca na dłużej niż pół roku.
Nie narzekał na życie.
Do swojego ostatniego
listu dołączyłam sygnet Nottów. Jedyne, co mi po nim zostało, ale czułam, że
muszę to zrobić. Po prostu… pozwoliłam mu się odciąć. Tak jak zawsze tego pragnął.
Kiedy czasem
się nad tym zastanawiałam, nie potrafiłam wyjść ze zdumienia, dlaczego uczucie
tak żarliwe za czasów szkoły, za czasów tego największego zagrożenia, bo i ze
strony Voldemorta, i ze strony Cryte’a, gdy wspieraliśmy się nawzajem i nie
baliśmy się wybaczać, wygasło. Tak po prostu się wypaliło, tak jak wypala się
świeca. Może chodziło o piętno, które pozostawiła na nas wojna? Na nim służba u
Voldemorta, na mnie – walka o sprawiedliwość. Może właśnie tutaj tkwił problem.
W tym, że za wiele przeszliśmy.
Moje serce
nigdy więcej nie zapłonęło, blizna stała się lodowata i nie pozwalała zabłysnąć
choćby najsłabszej iskierce. Żadnego mężczyzny nie potrafiłam pokochać tak
mocno jak Teodora. Podświadomość szeptała mi, że nadal czekam. Natychmiast ją
uciszałam, zanim zdążyła odezwać się jeszcze słowem.
Po piętnastu
latach rzadko wspominałam Teodora. Często za to odwiedzałam niewielki cmentarz
leżący dwadzieścia mil na północ od Londynu. Przynajmniej raz w miesiącu
potrafiłam znaleźć parę godzin, by zdystansować się, odsunąć od obowiązków
szefa Departamentu Przestrzegania Prawa i pójść właśnie na ten zaniedbany
cmentarz. Tam spoczywał Roger.
Wielokrotnie
zadawałam sobie pytanie, czy kiedykolwiek go kochałam, a potem odchodziłam od
jego grobu z wyrzutami sumienia. Wmawiałam sobie fałszywą miłość do kogoś, kto
przed laty obdarzył mnie uczuciem na tyle silnym, by zmusiło go do oddania za
mnie życia. Krzyczałam na głos, wiedząc, że i tak nie zostanę usłyszana.
Pozwalałam sobie na łzy, na morze łez, mówiłam do Rogera, śmiałam się, wyobrażałam
go sobie siedzącego tuż obok. Zawsze opuszczałam cmentarz odmieniona. Oczyszczona.
Na ślubnym
kobiercu stanęłam w wieku trzydziestu trzech lat. Wreszcie czułam się
szczęśliwa, czułam, że mam przed sobą całe życie, że jeszcze tyle mam do
osiągnięcia, zobaczenia…! Ron Weasley czekał na mnie. Powiedział to dwa razy:
kiedy mi się oświadczał, i rok później, gdy urodził się mały Patrick. W głębi
duszy błagałam go o wybaczenie. Serce, które przez tak długi czas pozostaje w
zamrożeniu, nie potrafi znów zabić, nie tak mocno jak wcześniej. Byłam
egoistką? Nie – kochałam Rona. Potrzebowałam go, on potrzebował mnie. Potrzebował
nas Patrick. Miałam pełną świadomość tego, że żyję dla nich i nie zamieniłabym
tego na nic innego. Takiego życia pragnęłam, ułożonego, kompletnego. I takie
miałam.
Choć już
więcej nie mówiło się o kimś takim jak Teodor Nott, nadal przywoływałam w głowie
jego obraz. Nie myślałam o nim jako o człowieku, który pozostawił po sobie same
złe wspomnienia, bo wcale tak nie było. Myślałam o nim jako o człowieku, z
którym mi nie wyszło, który postanowił wybrać inne rozgałęzienie drogi – takie
rzeczy się zdarzały. Ale myślałam też o nim jako o człowieku, który w jakimś
stopniu mnie ukształtował. Który zmienił moje patrzenie na wiele aspektów
życia, od którego nauczyłam się akceptować wady innych i starać się naprawiać
własne niedociągnięcia, który pokazał mi, że nic nie jest czarne albo białe i
można drugą osobę kochać równie mocno, co nienawidzić.
Był tym jednym
jedynym wyjątkiem posiadającym niespotykaną osobowość, niezwykłą wiedzę i osobliwy
urok. Był tym jednym jedynym wyjątkiem, który potrafił rozpalić mnie samym
słowem. Był tym jednym jedynym wyjątkiem – tylko on umiał kogoś zniszczyć, by
później pomóc mu zmartwychwstać.
Na zawsze
odmienił moje życie. Nigdy go nie zapomniałam, jego oraz tych oczu. Szarych, przenikliwych, bezdennych. Miałam dwa
najcudowniejsze skarby, a jednak mimo to czasem czułam pustkę – wtedy znów
bolało i znów pojawiały się łzy.
Ale nie
żałowałam. Ani jednej chwili, ani jednego pocałunku, ani jednego słowa. Tego,
że często postępowałam irracjonalnie, tego, że w ogóle pozwoliłam mu zawładnąć
moim sercem, tego, że stanęłam na skraju przepaści. Dziękowałam za niego
niebiosom i gwiazdom na nich oraz bogom, jeśli jacyś istnieli. Jemu zaś
dziękowałam za wszystko, co dla mnie zrobił, za swoją obecność, za poświęcenie,
za miłość…
I miałam cichą
nadzieję, że myślał podobnie. Że cokolwiek robił, gdziekolwiek był, czasem
rozpamiętywał to, co zdarzyło się między nami. Że nigdy nie chciał zapomnieć.
Że tak jak ja,
nawet jeśli miałby taką możliwość, nigdy nie chciał cofnąć czasu.
_______________
Zapraszam tu.
Empatia